publicystyka subiektywna
RSS
sobota, 09 kwietnia 2011

Apelował kardynał Dziwisz, apelował kardynał Nycz, ostatnio dołączył biskup Pieronek. Część osób się oburzyła, inna część zastanawia jakie mają prawo, jeszcze inni klaszczą głośno na ten racjonalny apel. Ja należę do tych ostatnich!

Słuchając tego utyskiwania na moherowych oszołomów, którzy nie chcą odpuścić i rok po katastrofie "tylko te banany i banany"... znaczy się: tylko ten Smoleńsk i ten Smoleńsk, ciągle krzyczą, narzekają, czepiają się i czegoś chcą, sami już chyba nie wiedzą czego, gdy tak sobie słucham tego wszystkiego to się tak zastanawiam nad zupełnie inną nie związaną ze Smoleńskiem sprawą.

Otóż zastanawiam się nad historią Olewników, którzy od 8 lat próbują dojść prawdy o śmierci ich syna. A przecież znaleziono zabójców, osądzono ich, a sami zabójcy wydali na siebie dużo surowszy wyrok niż zrobił to sąd, to znaczy powiesili się jeden po drugim we własnych celach. A ci nawiedzeni Olewnikowie ciągle coś tam jątrzą, szukają, dopatrują się jakiś nieścisłości, jakiś nieprawidłowości, ciągle twierdząc, że sprawa wcale wyjaśniona do końca nie jest. A przecież minęło dużo więcej niż rok od śmierci Krzysztofa i żałoba dawno powinna się zakończyć? W dodatku czy te ich nieustanne próby dochodzenia do prawdy to nie jest przypadkiem próba uświęcenia ich grzesznego syna? Budowanie jakże polskiej martyrologii? Budowanie bohaterskiego mitu z jakże pospolitego zabójstwa?

Dosyć. W sprawie Smoleńska wcale nie chodzi o żałobę. Wcale nie chodzi o martyrologię czy wynoszenie prezydenta na ołtarze narodowego panteonu. Tak samo jak Olewnikowie (i wszyscy inni) mają prawo dochodzić prawdy o śmierci swojego syna, tak ja mam prawo dochodzić prawdy o śmierci prezydenta mojego kraju! Mam prawo odrzucać insynuacje, manipulacje, sprzeczne ze sobą fakty i sprzeczne z faktami wyjaśnienia. Mam prawo domagać się traktowania tej sprawy poważnie i mam prawo jako obywatel tego kraju domagać się pociągnięcia winnych do odpowiedzialności. Próbuje nam się natomiast wmówić niestosowność takich dążeń. Oburzenie i jakże słuszne zniecierpliwienie spowodowane brakiem odpowiedzi, albo obrażającymi przeciętną inteligencję odbiorcy, absurdalnymi odpowiedziami oraz przeciąganiem unikania wyjaśnień w nieskończoność, próbuje się nazywać niepotrzebnym jątrzeniem. Wywołaną ustami Andrzeja Wajdy na spotkaniu wyborczym Komorowskiego, wojnę polsko-polską przypisuje się osobom domagającym się prawdy. Nie jesteśmy jednak stadem bezmyślnych baranów z wypranymi mózgami jak znakomita większość forsujących te absurdalne opinie tzw. "dziennikarzy”. Doskonale wiemy o co tu chodzi tak naprawdę.

Zgadzam się z kardynałami! Najwyższa pora na zakończenie żałoby! Najwyższa pora na podjęcie bardziej zdecydowanych działań! Najwyższa pora, by skończyć z tym robieniem z wolnych obywateli masy bezwolnych idiotów! Żądanie prawdy niedługo nie będzie tłumione powagą żałobnych okoliczności. Żądanie prawdy nie będzie osamotnione, jak ignorowani przez policję, prokuraturę i media Olewnicy. Kardynałowie wzywają Naród do bardziej zdecydowanych działań po 10 kwietnia 2011 roku. Niech dotrze do nas ich właściwy przekaz!

14:16, igorczajka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 kwietnia 2011

W tym roku kolejne wybory parlamentarne. W warunkach ocierającej się o zdradę stanu indolencji władzy i w atmosferze zadeklarowanej przez wielkiego reżysera Andrzeja Wajdę wojny polsko-polskiej. Warto podkreślać faktycznych autorów pewnych pojęć, które pełnią następnie rolę cepów do młócenia adwersarzy politycznych sporów. Czy z tej młócki zostanie jakieś ziarno? Czy zamiast zboża młócimy jednak żywych ludzi i jedynym efektem będzie kałuża krwi i zmasakrowane zwłoki? Nikt się nad tym nie zastanawia, bo już w ogóle mało kto się zastanawia nad czymkolwiek.

A w kontekście nadchodzących wyborów warto zwrócić uwagę na te cepy, które podkłada nam się pod nosy, niczym krwisty kawałek mięsa przed pysk wygłodniałego wilczura. Moralnie tonąca Platforma (anty)Obywatelska wypuszcza na pożarcie Palikota, ale okazuje się to porażką. PJN (albo ich faktyczny mocodawca) nie może się zdecydować, komu chce wyszarpać więcej armatniego mięsa. Zdrowy rozsądek śpi, demony hulają w najlepsze, nie będzie dziwne, gdy w tej sytuacji najwięcej skorzystają ci, dla których jakiekolwiek idee nie mają najmniejszego znaczenia. Cichutko stoją z boku i czekają, nie przeszkadzając przeciwnikowi po raz kolejny się wykańczać. Gdy przyjdzie pora, znowu jak w latach 90-tych, będą się przedstawiać jak odnowione środowisko politycznych praktyków, którzy wiedzą jak się naprawdę rządzi. I co gorsza, pomimo afery Rywina, w kontekście hipokryzji i indolencji tuskomatołków - będą w tym wiarygodni.

Nie zapominajmy o tym najbardziej cynicznym, merkantylnym i bezideowym środowisku jakim są byli funkcjonariusze PZPR-u. Nie zapominajmy, że wyprowadzenie sztandaru z Sali Kongresowej w 1990 roku było tylko zmianą estetyczną. Nie zapominajmy, że tak naprawdę PZPR istnieje i działa do dzisiaj pod nową nazwą SdRP, czy bardziej znaną nazwa szerszej koalicji SLD. Nie zapominajmy, że partia ta mogła rozwinąć skrzydła dzięki majątkowi PZPR, który częściowo został przejęty przez Skarb Państwa, ale tzw. majątek ruchomy rozpłynął się w powietrzu. Nie zapominajmy, że towarzysze z SdRP, oprócz „zagospodarowania” majątku PZPR, przekonali towarzyszy z Moskwy do udzielenia im tzw. „pożyczki moskiewskiej” na rozkręcenie działalności. Towarzysze wypierają się swoich korzeni i np. ustami Arłukowicza przekonują nas, że nie korzystają z majątku PZPR, „bo przecież on nie bywa na Rozbrat i pracuje na swoim prywatnym laptopie”.

Wiedza o powiązaniach PRL-owskiego aparatu jest stosunkowo szeroka, lecz jeden aspekt sprawia, ze wiedza ta funkcjonuje jedynie jako przejaw chorych paranoidalnych teorii spiskowych, a kolejne dowody są ignorowane przez tzw. opinię publiczną, wszak należy nadstawiać drugi policzek zamiast szukania politycznego odwetu. Widać po latach bardzo wyraźnie to, czego nie widzieli zafascynowani spokojem pierwszego niekomunistycznego premiera Polski. Widać dzisiaj wyraźnie jak szalenie wielkie spustoszenie etyczne spowodowała gruba kreska Mazowieckiego, zadeklarowana w 1989 roku. Czy Norymberga była szukaniem odwetu na bogu ducha winnych hitlerowskich funkcjonariuszach? Czy też była nazwaniem rzeczy po imieniu, zdefiniowaniem zła, zamkiem zabezpieczającym przyszłość przed nawrotem zbrodni? 

Brak czerwonej Norymbergi umożliwia dzisiaj podtrzymywanie opinii, wbrew wszystkim źródłom historycznym, że Jaruzelski uchronił nas przed trzecią wojna światową, że Kiszczak jest człowiekiem honoru, że Arłukowicz nie korzysta z majątku PZPR i tak dalej. Tajność ubeckich teczek po ponad 20 latach ich badania ciągle służy nie tylko szachowaniu byłych agentów, ale przede wszystkim dezawuowaniu samego zbioru, gdy wyciekają szczątkowe informacje, które w szerszym kontekście okazują się mieć całkowicie inny sens od pierwotnego. Niszczone jest w ten sposób przekonanie o osiągalności prawdy, budowana jest tolerancja na zło, bo wszystko jest relatywne i nigdy nie będziemy mieć pełnej wiedzy o faktach. Czy wyobraża sobie ktoś rozważania o wallenrodyzmie Hoessa? Czy ktokolwiek rozważa w przestrzeni publicznej rozterki etyczne Goeringa? Himmlera? Goebbelsa? Dlaczego w przypadku Jaruzelskiego, Kiszczaka, Urbana jest to możliwe?

To nie PiS jest zagrożeniem. Nie jest nim także PO. Także PJN nie musi być głównym przedmiotem większości aktualnych analiz. Zagrożeniem dla demokracji jest zanegowanie podstawowych wartości, takich jak prawda i sprawiedliwość. Bez nich będziemy się miotać w bagnie kłamstw, pomówień, insynuacji, przekrętów i złodziejstwa. Bo jeśli towarzysze mogli to czemu ja nie? Może zamiast analizować kolejne dołki wykopane pod politycznym przeciwnikiem powinniśmy gromkim chórem zawołać o zrobienie w końcu tego, co powinniśmy zrobić 20 lat temu: OSĄDZIĆ ZBRODNIARZY!!! Oraz zdelegalizować SLD, którego majątek powinien zostać w całości przejęty przez Skarb Państwa. Inaczej będziemy długo jeszcze słuchać o tym, że minister Klich bronił honoru generała Błasika, że NordStream jest korzystny dla Polski, a gaz łupkowy wydobywa się metoda odkrywkową. 

Pora najwyższa zdać sobie sprawę, że jedynym efektem humanitarnej tolerancji dla zbrodni i kłamstwa jest przede wszystkim dalsza eskalacja tych zjawisk.

21:18, igorczajka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 lutego 2011

Pod jednym z moich postów dostałem komentarz o dość typowej treści. Przytoczę jego fragment, bo jest to niestety często słyszana fraza pytań, których brak u nastolatka oznaczać może zaburzenia rozwoju, ale ich obecność u osoby w wieku dojrzałym świadczyć może o zupełnie innych dolegliwościach:

"W czym Polska wydaje Ci się wyjątkowym krajem, dla którego powinnam poświęcić życie, spłacając dług za to, że tu się urodziłam? Zupełnie nie rozumiem, dlaczego uważasz, że jestem Polsce coś dłużna."

Zaiste świetne pytania. Polska nie jest żadnym wyjątkowym krajem. Jedyne co ją wyróżnia dla mnie osobiście to fakt bycia MOJĄ ojczyzną. Taki drobiazg. Rozumem doskonale kosmopolityczny światopogląd, który uważa, że samo pojęcie narodu jest z gruntu złe i wywołuje wojny (jak jaja). Rozumiem anarchistycznych  bezpaństwowców, którzy nie chcą za żadne skarby brać udziału w społecznym życiu jakiejś wyimaginowanej wspólnoty. Mają do tego prawo. Podobnie jak ja mam prawo czuć się zobowiązany wobec swoich przodków i wobec swoich zstępnych do kultywowania kultury, za którą tyle istnień poniosło ofiarę.

Postawione pytania są bardzo dobre, bo zmuszają do zastanowienia się nad odpowiedziami wydawałoby się oczywistymi i poszukania jakiegoś racjonalnego uzasadnienia. Racjonalnego, bo nie bardzo rozumiem zarzut emocjonalności w mówieniu o wartościach. Nie bardzo rozumiem, dlaczego skupianie się TYLKO na pracy miałoby być w ogóle racjonalne? Czyż bowiem to nie wyznawanie pewnych wartości każe nam iść codziennie do pracy? Czyż to nie wiara w moc wartości sprawia, że ufamy, że pracodawca wypłaci nam pensje? Czyż nie jest wiarą przekonanie, że w razie problemów z pracodawcą jest instancja, do której możemy się odwołać i na skutek decyzji sądu pracodawca wypłaci nam to, co wypracowaliśmy? Czy wiara ta to nieracjonalna emocjonalność, czy też całkiem racjonalne założenie? Bez wartości takich jak zaufanie, sprawiedliwość, prawo, uczciwość, rzetelność - nie mogłoby istnieć żadne społeczeństwo. Tylko dzięki temu, że jesteśmy w stanie zaufać komuś że wywiąże się ze zobowiązań, możemy prowadzić interesy. Gdy kolejne przypadki pokazują nam, że tak nie jest, tracimy to zaufanie i współpraca ulega zakończeniu. W biznesie to proste - zmieniamy pracę i zaczynamy od nowa. Co jednak zrobić, gdy zaufanie obywateli traci Państwo?

W innym miejscu dostaję jeszcze post-pozytywistyczny bełkot opisujący dość popularną formę anty-pragmatyzmu: "straceńczy polski romantyzm powoduje, że jesteśmy wciąż krajem zacofanym. Bo zamiast skupić się na pragmatycznym podejściu do rzeczywistości, czyli wziąć się do ciężkiej pracy, ciągle ględzimy na kanapie o wartościach." - to ględzenie na kanapie oczywiście nie wytwarza żadnego PKB, niemniej jednak nie da się ukryć, że przedmiot tego ględzenia umożliwia w ogóle rozpoczęcie tegoż wytwarzania. I podobnie jak samo ględzenie jeszcze nic nie wyprodukowało, to społeczeństwo bez tego pozornie bezproduktywnego ględzenia nawet by nie powstało.

Wracając do pytania o źródło zobowiązań wobec własnego Państwa, to źródło to zapisane jest w ustawie zasadniczej. Ten wyszydzany i lżony dług wobec przeszłych pokoleń wraz ze zobowiązaniem "przekazywania pałeczki w sztafecie pokoleń" zapisany na samym początku naszej Konstytucji. Warto po raz kolejny przypomnieć ten początek, który literalnie opisuje to, co każdy polski patriota czuje przez skórę:

"W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego - Polski, wdzięczni naszym przodkom za ich pracę, za walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami, za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach, nawiązując do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej, zobowiązani, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponad tysiącletniego dorobku, złączeni więzami wspólnoty z naszymi rodakami rozsianymi po świecie, świadomi potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami dla dobra Rodziny Ludzkiej, pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane, pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność, w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem lub przed własnym sumieniem, ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa..."

środa, 09 lutego 2011

Polityka to sztuka osiągania celów. Polityka to dochodzenie do konsensusu poprzez dyskusję, wypracowanie akceptowalnych rozwiązań, które to rozwiązania mogą być zaakceptowane przez większość. Sam moment głosowania nad jakąś sprawą kończy bardzo żmudny proces. Mamy z tym do czynienia nie tylko w Sejmie ale w zarządach, radach nadzorczych, we wspólnotach mieszkaniowych, czy stowarzyszeniach. Głosowaniem sprawdza się, czy dana decyzja jest akceptowalna przez większość. W zasadzie każde działanie wymagające zgody określonej społeczności jest w tym ujęciu polityczne.

Inne węższe ujęcie polityki, to dążenie do przejęcia, a następnie sprawowania oficjalnej władzy. Żeby ten cel osiągnąć, ugrupowania polityczne stosują najprzeróżniejsze chwyty, które politolodzy następnie analizują i wyjaśniają, a zdezorientowani wyborcy, kiwając głowami jak słynne pieski pod tylnymi szybami samochodów, wybierają swoją fangrupę stosując równie racjonalne kryteria, jak przy wyborze bluzki w sklepie.

Co jednak się dzieje, gdy zarówno politycy jak i wyborcy, którzy spijają z ust swoich idoli każde słowo, zapomną już, w jakim celu chcieli przejąć tę władzę? Co zrobić gdy doprowadzona do absurdalnych rozmiarów polityczna walka sprawia, że kupno zapałek lub zapalniczki staje się „kwestią polityczną”?

Taki stan rzeczy to nie tyle rozpad, czy zanik pewnych wartości, ile sytuacja pogubienia się wszystkich uczestników politycznych rozgrywek. Zaszliśmy tak daleko w las, że dawno zgubiliśmy drogę, nie wiemy gdzie idziemy i nie pamiętamy już nawet jak się w tym lesie znaleźliśmy. A przecież warto zauważyć i przypomnieć sobie, że głównym nadrzędnym celem wszelkich działań politycznych jest budowa własnego państwa. Mówimy wtedy o racji stanu raczej, o patriotyzmie, o interesie narodowym, żeby odróżnić to od działań politycznych w tym małym wymiarze, tzn. jaką drogą ten wielki cel osiągnąć. Polityczne mogą być poglądy lewicowe lub prawicowe. Polityka to decydowanie, czy podatki przeznaczymy raczej na rozwój infrastruktury, czy na wsparcie najbiedniejszych. Polityka to decyzje o proporcjach udziału państwa w rynku i poziomie jego ingerencji w ten rynek. Polityczne może być dążenie do zawarcia sojuszu z Niemcami, Rosją albo Szwecją. I tak dalej.

Polityczne są decyzje dotyczące metody. Natomiast działania zmierzające do niszczenia państwowości, zmierzające do podporządkowania i nadmiernego uzależnienia państwa od czynników zewnętrznych, to działania określane w historii jako dywersyjne i noszące znamiona zdrady. Nie jest już kwestią polityki, czy bronić się przed szwedzkim najazdem czy nie – klęska pospolitego ruszenia to najzwyklejsza zdrada i trzeba to nazwać po imieniu. Nie jest kwestią polityki uznanie zależności i agenturalnego charakteru rządów Bieruta, a następnie Gomółki, Gierka i Jaruzelskiego. Ich konsultowanie decyzji z Moskwą to fakt i żadna gierkówka, czy inna nowa huta tego faktu nie powinna nam przesłaniać. Uznanie tych faktów to nie jest kwestia polityki, jak nieustannie próbuje nam się wmawiać. To kwestia poważnego traktowania rzeczywistości i swojego państwa. 

Dochodzimy do ostatniej tragedii jaka w tym ponad dwustuletnim paśmie nieszczęść spotkała nasz kraj. Kwestia wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej jest kwestią polskiej racji stanu, której nie można rozpatrywać w kategoriach doraźnej polityki. PiS okopał się na barykadzie i dokopuje nieustannie rządowi, nie zwracając uwagi, czy przybliży go to do celu czy nie. Rząd, czy raczej nierząd, pogrąża się coraz bardziej, udając niczym dziecko, że jak zasłoni sobie oczy to nikt nie zobaczy jego kłamstw, krętactw i uników. Inne satelickie partie przetaczają się na tej rozchybotanej szalupie obijając się raz o jedną raz o drugą burtę. Oczywiste jest, że zapędzeni w ciemny las politycy nie są w stanie się zatrzymać i pomyśleć. Żyjący z nich komentatorzy, analitycy i publicyści także biją w ten sam bębenek. Czy my także musimy w tym uczestniczyć?

Nie dajmy sobie wmówić, że żądania wyjaśnienia tej katastrofy to doraźna polityka! Wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej jest sprawą podstawową dla dalszego istnienia naszego państwa. Wszak jak można mieć zaufanie do Państwa, które nie jest w stanie ochronić swojego Prezydenta? Nie pomaga temu zaufaniu oddanie śledztwa obcemu państwu, które biorąc pod uwagę okoliczności nie może być bezstronne. A tylko rozpoznanie i wyjaśnienie przyczyn pozwoli to zaufanie przywrócić. Wyjaśnić przyczyny trzeba nie po to, by władzę utrzymała PO, przejęła PiS, czy ktokolwiek inny. Wyjaśnić przyczyny i osądzić winnych tej największej tragedii po II wojnie światowej trzeba przede wszystkim po to, by państwo jako takie mogło w przyszłości prawidłowo funkcjonować. By następne pokolenia urzędników robiły wszystko co do nich należy.   By nikt już nie mógł nawet pomyśleć, tak typowo po słowiańsku, że "jakoś to będzie".

Tagi: Smoleńsk
01:27, igorczajka
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 lutego 2011

Jakiś czas temu pisałem o prowokowaniu rewolucji. W sytuacji głębokiego kryzysu, gdy zwykłe reformy nie mają widoków na skuteczność, wywołuje się rozruchy, by móc podczas stanu wyjątkowego przeprowadzić to, co w warunkach pokoju byłoby nie do zaakceptowania. Nie sądziłem jednak wtedy, że potoczy się to tak szybko. Poziom prowokacji rośnie w tempie kuli śniegowej, a ludzie powoli zaczynają pękać. Amortyzująca rola szydzenia z „rozmodlonych oszołomów od krzyża” wyczerpuje swój potencjał. Podobnie wypalone jest paliwo nienawiści do jedynej realnej opozycji. Coraz więcej ludzi stwierdza, że pomimo braku alternatywy, na Tuska nie zagłosują, bo to złodziej, tchórz i krętacz.

W tej sytuacji przechodzimy do następnej fazy przygotowywania różnego rodzaju spadochronów. Różne nomenklaturowe siły zaczynają wyścig do żłobu, manifestując swoją kontestacyjną postawę. Niczym cinkciarz, który wyczuwając koniunkturę dał się w okolicach 1988 roku złapać z wywrotowymi ulotkami, by móc sobie wpisać w życiorys konspiracyjne kombatanctwo. I tak mamy różne wystąpienia, które oprócz obowiązkowej krytyki opozycyjnego PiS, zaczynają także krytykować rządzącą PO. Gdybyśmy potraktowali tą dwustronną krytykę jako przyczynek do przyszłej rządowej koalicji, to znalazłyby się w niej zarówno SLD, jak i PJN oraz chwilowo i pozornie odstawione na boczny tor środowisko okolic Leszka Balcerowicza.

Nie zależy mi jednak na analizowaniu możliwych scenariuszy i segregowania politycznych kanap. Chcę zwrócić uwagę na sferę, która aktualną wojną została niemal całkowicie zepchnięta do podziemia. Tą sferą jest obszar wartości. Jak to się działo, że potrafiliśmy walczyć „za wolność waszą i naszą”? Co popchnęło młodzików ze Szkoły Podchorążych Piechoty do wypowiedzenia posłuszeństwa i sięgnięcia po broń? Nieodpowiedzialna i naiwna gorąca słowiańska krew? Jak to się stało, że po odzyskaniu niepodległości w 1918 żołnierze służący pod rozkazami trzech zaborców utworzyli wojsko, które już dwa lata później pokonało nawałę bolszewików? Co sprawiało, że okupowana Polska była jedynym krajem Europie, gdzie za jakąkolwiek pomoc Żydom groziła kara śmierci, a mimo to na liście Sprawiedliwych wśród Narodów Świata najwięcej jest właśnie Polaków? Co powodowało pułkownikiem Kuklińskim, że przez długi czas ryzykował życie, aby nie dopuścić do zagłady swojego kraju?

Tym czynnikiem motywującym była sprawnie działająca etyczna busola. Wiadome było, co jest dobre, a co złe. Wiadome było, że Polska dla Polaka jest wartością nadającą sens jego życiu. Wartością, za którą warto było poświęcić nawet życie, „za wolność waszą i naszą”. Wiadomo było, że ofiara życia, jako coś najwyższego i w gruncie rzeczy wyjątkowego zasługuje na pamięć i szacunek żywych, którzy poprzez swoją codzienną pracę, poprzez wierność zasadom, za które bohater oddał życie, spłacają swego rodzaju moralny dług, jaki zaciągają mogąc mówić i żyć w polskiej kulturze i języku.

Co mamy dzisiaj? Poza epatowaniem na każdym kroku kłamstwem, arogancją i bezczelnością, które przekonuje coraz szersze rzesze ludzi, że „tak trzeba”, że prawda nie ma znaczenia, bo ważna jest przyszłość, a tu i teraz to są nasze emocje i, jakże delikatne gdy chodzi o nas, nasze uczucia. Racjonalność, wynikająca z niej konsekwencja poglądów, traci na znaczeniu, przestaje być powodem do chwały, bo coraz częściej afirmowana jest postawa: „szczycę się tym, że jestem bardziej emocjonalny, niż racjonalny”. Śmierć staje się przedmiotem żartów i szyderstw. Śmierć zostaje odarta z aury poświęcenia, a zostaje sprowadzona albo do pospolitego wypadku, jak dzieje się ze smoleńską katastrofą, albo zostaje sprowadzona do zbrodni na narodzie popełnionej przez dowódców, jak dzieje się w przypadku Powstania Warszawskiego. Szacunek, którego żywi domagają się dla swojej uczuciowości, nie obowiązuje ich wobec zmarłych, bo przecież im jest już wszystko jedno. 

Prawda nie istnieje. Patriotyzm to prowadzący do faszyzmu nacjonalizm. Śmierć to tylko fizjologia. 

Nie powinniśmy się dziwić jakimś urbanowskim ankietom. W świecie, który zrezygnował z Czerwonej Norymbergi wszystko jest możliwe. Kiszczak może być człowiekiem honoru. Jaruzelski może ciągle ratować nas przed III wojną światową. Rosjanie mogą nieustająco obiecywać coraz lepszą współpracę. Rurociąg bałtycki nie tylko w najmniejszym stopniu nie zagraża, ale jest wręcz szansą dla naszych interesów. Podwyższanie podatków i niechęć do likwidacji przywilejów to kwintesencja programu liberałów. I tak dalej i temu podobne. A przecież to Wajda powiedział o wojnie polsko-polskiej, a nie Kaczyński. Podobnie jak drugą wojnę światową wywołali Niemcy, a nie Polacy. Ktoś jednak jeszcze przejmuje się takimi anachronizmami jak prawda i fakty?

Jesteśmy coraz bliżej tej germańskiej kultury technokratycznego totalitaryzmu, która doprowadziła do systemowego zdehumanizowanego przemysłu śmierci. Dzisiaj nawet wspomnienie słowa „wartości” wywołuje odruchowe plucie moherowymi beretami, fanatycznym katolicyzmem i szowinistycznym nacjonalizmem. Opluty delikwent ociera sobie twarz z deszczu i już wie, że ma siedzieć cicho i ładować tych Żydów do wagonów, bo tego wymaga od niego nowoczesne państwo. Jakieś roztrząsanie debilnych dyrdymałów w postaci prawdy, sprawiedliwości czy moralności jest przecież przejawem haniebnego serwilizmu wobec rydzykowych demonów patriotyzmu.

Czy istnieje jakieś wyjście? Niby rewolucja francuska w końcu upadła po krwawej łaźni jakobinów. Bolszewicki terror komunistów także w końcu się skończył, choć aż do dzisiaj stalinowskie zbrodnie nie stanowią żadnego ostrzeżenia dla lewackiego towarzystwa z Krytyki Politycznej, która otwartym tekstem nawołuje do stosowania metod terrorystycznych. Nowy Wspaniały Świat nie ma jednak, przynajmniej oficjalnie, nic wspólnego z fundamentalistami islamskimi, więc może być dofinansowywany przez nas wszystkich za pośrednictwem Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Wmawia się nam, że wrogiem jest obcy, fundamentalistyczny muzułmanin, skrupulatnie ukrywając wroga wewnątrz własnych szeregów. Buduje się klimat pomieszanych pojęć, sprzyjający maskowaniu faktu, że poza zewnętrznym wrogiem nie spaja nas już nic. Gdy stan anomii osiągnie masę krytyczną, nastąpi samozapłon umożliwiający przegrupowanie szeregów w aparacie władzy. 

Czy wtedy pojawi się szansa na dojście do głosu wartości, które teraz fruwają jedynie w akademickich rozważaniach historyków idei? Czy będą wtedy jeszcze ludzie, którzy znajdą w sobie moc nadania sensu aksjologicznie jałowemu światu? Patrząc na niesamowicie silną perwersyjną przyjemność, jaką czerpią różne gnidy i kanalie z delektowania się swoją nikczemnością i draństwem oraz na radość jaką sprawiają swoim zachowaniem żądnej emocji widowni, obawiam się, że demokratyczny wybór świata, nie pójdzie w kierunku kulturowego renesansu, ale raczej zakończy się nowym najazdem Hunów i Wandali, którzy wyczyszczą to miejsce pod nowy rozdział historii ludzkich migracji.

środa, 26 stycznia 2011

Na koniec poniedziałkowego popołudnia Wiktor otworzył główna stronę informacyjnego portalu i zdębiał. Na samej górze wielka czerwona plansza o zamachu bombowym na moskiewskim lotnisku. Nieco niżej druga informacja, że prezydent Rosji grozi NATO bronią atomową. Inne informacje o publikacjach rosyjskiej prasy na temat jakiegoś narastającego skandalu związanego z przebiegiem smoleńskiego śledztwa zbladły w podobnym stopniu co sam Wiktor. Zaczęły przelatywać mu przed okrągłymi oczami wszystkie problemy jakie czekały na swoje rozwiązanie. Zaległa wizyta u lekarza, niezapłacony rachunek za telefon, kłótnia z sąsiadem czy przecierające się na kolanach spodnie – to wszystko nagle straciło znaczenie wobec apokaliptycznych wizji nuklearnych grzybów, biblijnych powodzi, czy radioaktywnego deszczu. Niewątpliwie przyszła pora rozpoczęcia rachunku sumienia.

Jednak po pierwszym szoku Wiktor zaczął sobie przypominać inne podobne przypadki za naszą wschodnią granicą. W 1999 roku w Moskwie i Wołgodońsku wybuchły bloki mieszkalne, a w Riazaniu zatrzymano na gorącym uczynku „terrorystów”, którzy okazali się być ćwiczącymi agentami FSB. Wszędzie użyto tego samego materiału wybuchowego o nazwie heksogen, wyprodukowanego w tej samej, dającej się zidentyfikować fabryce. „Zamachy” były oczywistym dowodem na zagrożenie czeczeńskim terroryzmem i dały pretekst do drugiej wojny czeczeńskiej. Teatr na Dubrowce w 2002 roku, w którym zagazowano prawie 200 osób oraz kilkanaście innych mniejszych zamachów, podtrzymywało anty-kaukaską paranoję. Akcja odbijania zakładników w biesłańskiej szkole zakończyła się w 2004 roku masakrą ponad 320 osób. Wiktor poczuł ogarniającą go od stóp do głowy niepowstrzymaną falę głębokiego współczucia do Rosjan, zdając sobie jednocześnie sprawę, że następnych 35 zabitych, to dla uzasadnienia kolejnej, odwracającej uwagę od rosyjskiego kryzysu, wojny – dla władz tego kraju nie jest zbyt wygórowaną ceną.

Gdzie jednak teraz pójdzie główna ofensywa? Podobnie jak w przypadku smoleńskiej katastrofy, gdy już w pierwszych minutach było wiadomo to, co po 9 miesiącach potwierdziła w skrupulatnym badaniu komisja MAK, tak i tutaj już parę minut po wybuchu wiadomo było, że ślady zamachowców prowadzą do Czeczenii. Wiktora zastanowiło to niesamowite przywiązanie do zdartej już przecież całkowicie kaukaskiej płyty. W Czeczenii nie został prawie kamień na kamieniu, jej resztki pilnowane są przez, współpracujący z Moskwą, totalitarny i zbrodniczy reżim Kadyrowa. I znowu mają tam zrobić poligon dla rosyjskiej armii? A może jednak znajdą się na domodiedowskim lotnisku jakieś inne ślady? Gruziński? Albo polski? Może po to były te nuklearne groźby - w razie sytuacji, gdy Rosja będzie zmuszona interweniować w obronie swoich obywateli, niech NATO nawet nie myśli o żadnej interwencji, bo nie skończy się tak łagodnie jak w 2008 roku w Gruzji.

Wiktor próbował przygładzić swoje włosy, które pomimo sporej długości w sposób nie znoszący sprzeciwu wyprostowały się w kierunku sufitu. Poczuł także gdzieś pod skórą niepokojący dreszcz oraz nie mógł pozbyć się nieznanego wcześniej dziwnego uczucia. Powoli wstał od komputera i lekko się zataczając poszedł do łazienki. Spojrzał w lustro. Tak, nie mylił się. Włosy z sekundy na sekundę stawały się coraz bardziej białe...

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Czy regionalizacja Polski wzmacnia jej siłę? Czy Ruch Autonomii Śląska i jego separatystyczne hasła są czynnikiem wspierającym poczucie jedności i solidarności wszystkich Polaków? Czy zgoda na separatystyczne postulaty jest tą zgodą, która buduje? Odpowiedź na te wszystkie pytania jest twierdząca! 

Jak pamiętamy z historii, wojna secesyjna między bogatym południem i wolną północą była czynnikiem niezwykle więziotwórczym i prorozwojowym dla gospodarki Stanów Zjednoczonych. Podobnie jak separatystyczne ruchy Basków i Irlandczyków pozwalały utrzymać w gotowości bojowej siły porządkowe Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Protestujący dzisiaj Belgowie radują się w istocie z pozornej przeszkody w utworzeniu rządu, jaką jest konflikt między Flamandami i frankofonami. Swoją radość demonstrują między innymi poprzez publiczne deklaracje rezygnacji z golenia zarostu do czasu utworzenia rządu. 

Tylko regionalizacja i rozbicie dzielnicowe pozwoli nam skutecznie walczyć z pisowskimi spiskami, z dogadywaniem się ponad głowami Polaków takiego Kaczyńskiego z Putinem. Dla każdego myślącego bowiem obywatela jasne jest jak słońce, że te wszystkie żądania prawdy są tak naprawdę obliczone na osłabienie polskiej pozycji międzynarodowej, którą tak wzmocniło oddanie Rosjanom śledztwa w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej. 

Absurd? Nieprawda! Musimy zrezygnować z dotychczasowych tradycyjnych pojęć. Czasy się zmieniają i oceny różnych zjawisk także. Informację o spiskowaniu Kaczyńskiego z Putinem powiedział wprost doradca Prezydenta Polski profesor historii Tomasz Nałęcz, a także poseł PSL Stanisław Żelichowski. Cóż nam pozostaje wobec takich autorytetów, jak nie z pokorą spuścić głowę i przyznać się do własnej pomyłki w ocenie sytuacji?

W tym kontekście powinniśmy poprzeć, najlepiej poprzez organizację podobnych wieców, formułowane przez niektóre siły na Ukrainie, żądania oderwania od Polski ziem rdzennie Ukraińskich. Są to między innymi Nadsanie, Chełmszczyzna i Podlasie. Oderwanie ich od Polski i przyłączenie ich do jakiś innych tworów państwowych niewątpliwie wzmocni pozycję Polski na arenie międzynarodowej i będzie światłym wzorem pokojowej drogi zrównoważonego rozwoju i godnej naśladowania zgody budującej międzynarodowe mosty. Nie możemy dać się zwieźć prowokatorom, gdyż jakiekolwiek głosy przeciwne będą przejawem współdziałania ich autorów z wrogimi służbami Rosji, a może i Chin, które zrobią wszystko, aby poróżnić Polaków i doprowadzić do upadku ich niezaprzeczalny aktualny autorytet.

Od jakiegoś czasu pojawiają się głosy, że powinno się wydzielić z województwa mazowieckiego teren miasta stołecznego Warszawy. Województwo mazowieckie z wyłączeniem Warszawy jest bowiem jednym z najbiedniejszych województw w Polsce i w sytuacji gdy bogata Warszawa zawyża wszystkie wskaźniki województwo to nie może liczyć na unijną pomoc obliczona na wyrównywanie poziomów. Ta zadufana i zapatrzona w siebie Warszawa zastanawia się i szuka sposobu, jak udrożnić systemy pomocy, by skierować strumień pieniędzy na biedną mazowiecką prowincję. Istnieją też programy obliczone na rozwój Polski Wschodniej mające na celu wyrównanie poziomów życia, które ciągną się jeszcze od czasów zaborów. Polska jest wyjątkowa w skali Europy jeśli chodzi o jednorodność narodowościową, a postponowana nieustannie Solidarność narodowa sprawia, że góral czy Kaszub tak samo myślą o Polsce jako nierozerwalnej całości. 

Jacy opisani wyżej ludzie są zacofani! Górale i Kaszubi najwyraźniej nie zauważyli tego momentu, w którym poczucie przynależności do jednego narodu, pomimo nawet sporej językowej odrębności, stało się passe. Ze Ślązakiem każdy się dogada, ale nie każdy wie, że ich separatystyczne dążenia i akcentowanie odrębności narodowej tak naprawdę wzmacniają nasz naród i służą budowaniu wzajemnego zaufania, szacunku i solidarności między regionami. Nie jakaś tam przestarzała pomoc, budowanie mechanizmów i instytucji wsparcia. Separatystyczny regionalizm – oto co jest aktualnie najskuteczniejszym czynnikiem budowy lepszego świata. 

A każdy kto nazwie mówiących głośno takie poglądy doradców prezydenta, jak i samego prezydenta, zdrajcą – ten na pewno spiskuje z Rosjanami!

piątek, 21 stycznia 2011

Kryzys demograficzny nadchodzi wielkimi krokami, a Tusk rubasznie stwierdza, że nie potrzeba żadnych ustaw i rozwiązań systemowych, bo w sprawach demografii Polacy powinni się wziąć do zupełnie innej roboty. Tak, to prawda, wszystko zmierza do tego, żeby wszyscy brali się do zupełnie innej roboty. Historycy niech robią w polityce, politycy niech grzebią w historii, mężczyźni powinni pomieszać w garach, a kobiety powinny wsiąść na traktory. Matki powinny zostawić swoje dzieci pod opieką żłobków, by mogły zająć się wychowywaniem w innych żłobkach cudzych dzieci. 

Świetnie opisała ten stan rzeczy Karolina Elbanowska w swoim artykule, który nie wiem czemu przeszedł kompletnie bez echa. A obnaża on bardzo trafnie tragiczną sytuację kobiety, którą szybkie zmiany cywilizacyjne w połączeniu z nienadążającymi za nimi zmianami kulturowymi, wepchnęły na czyśćcową ścieżkę mordęgi i upokorzenia. Uprzedzam od razu, że nie chodzi tu o to, by przywrócić tradycyjny podział ról społecznych!!! Chodzi o to, że kobieta dzisiaj nie ma możliwości wyboru. Nie może wybrać ciężkiej pracy wychowywania i opieki nad własnymi dziećmi. Podobnie jak niegdyś zmuszana była do zajmowania się jedynie domem i bycia ozdoba dla swojego męża, tak dzisiaj często nie ma wyboru i zmuszana jest sytuacją ekonomiczną (ale również i cywilizacyjną) do pracy na podwójnym etacie - pracownicy i pomocy domowej. Pozwolę sobie dla nakreślenia kontekstu przytoczyć obszerne fragmenty artykułu Karoliny Elbanowskiej, bo doprawdy ten tekst na to zasługuje:

„W naszym państwie najważniejszą funkcją kobiety jest praca zawodowa. To praca ją definiuje, przydaje statusu. Od pracy wszystko się zaczyna, bez niej nic nie ma znaczenia. Nowym blaskiem lśnią plakaty przodowniczek, dziś już nie tak przaśnych, nie w waciakach, lecz w mundurkach z logo firmy. Współczesna kobieta nie ogranicza się do przekraczania 100 procent normy. To zrobiła już dawno jej babcia. Współczesna kobieta robi karierę.

Praca! To jest to, co dziś dodaje splendoru płci pięknej. Praca w korporacji, na stanowisku dyrektorskim czy kasjerskim. W banku i supermarkecie, z laptopem czy ścierką. Byle wyrabiać PKB, łożyć na ZUS i płacić podatki. Byle nie tracić na konkurencyjności, nie degradować się intelektualnie, społecznie i moralnie w domowych pieleszach, przy dziecięcym łóżeczku, marchewkowym soczku i pierwszych sylabach wypowiadanych przez zaślinione dziąsła. […]

Współczesna cyberkobieta nie może być niedyspozycyjna. Musi odpracować ciążę do dnia porodu lub iść na przedwczesny macierzyński, by nie okradać innych pracowników, by nie okradać ZUS. Musi odstać swoje w kolejce do kasy albo na sejmowej mównicy. Równouprawnienie zobowiązuje, a ciąża to nie choroba. Zwłaszcza kobieta ciężarna może w pierwszej kolejności udowodnić, że nie odstaje od normy, nikomu nie zagraża i niczego nie zabiera. […]

Właściwości prokreacyjne, które stanowią ewolucyjne zapóźnienie, skamielinę z epoki nierównouprawnienia, degradują kobietę do roli ciężarnej, a potem mamki. Jaka szkoda. Gdyby choć kobiece mleko obłożyć VAT, można by było jeszcze zachować resztki obywatelskiej godności. Ale nie, w macierzyństwie wszystko jest takie pierwotne i przedpaństwowe. Potrafimy już co prawda położyć nasze dzieci na swoistą taśmę produkcyjną, która rozpoczyna się żłobkiem wraz z ukończeniem przez nie 20. tygodnia życia, a kończy na rynku pracy. […]

Na pierwszym w nowym roku posiedzeniu Sejmu posłowie przyjęli przy niemal wzorowej jednomyślności (przy jednym głosie sprzeciwu) ustawę o opiece nad dziećmi do lat trzech, tzw. żłobkową. Rządzący liczą, że ta bezkosztowa ustawa pomoże zrealizować wytyczne strategii lizbońskiej i przy dzisiejszych 3 proc. dzieci w żłobkach trafi tam wkrótce więcej niż 30 proc. Główny zysk, jaki wskazano w uzasadnieniu ustawy, to duża liczba kobiet, które trafią na rynek pracy, zapłacą składki ZUS i podatki, oraz niemowlaki obdarzone możliwością jeszcze wcześniejszej edukacji.

Kobieta polska uwolniona zostanie od łatwej wymówki: „nie zostawiam 20-tygodniowego niemowlęcia w żłobku, bo nie ma miejsca”, albo „nie wracam do pracy za tysiąc złotych, bo więcej zapłacę opiekunce”. Państwo pomoże w utrzymaniu godnej postawy wobec społeczeństwa. Kobieta musi mieć prawo chodzić z podniesionym czołem. Móc patrzeć prosto w oczy 34-letnim emerytom i wszystkim innym współobywatelom, którzy z rozmaitych racji zajmują bardziej uprzywilejowane pozycje w naszej społeczności. […]

Matka będzie wreszcie jednostką samodzielną. Będzie mogła się realizować choćby w odpikiwaniu przy kasie produktów. A jej dziecko – czy to nie wspaniałe – da szansę pracy innej kobiecie, która będzie się nim opiekować nie tak prymitywnie jak matka, ale w sposób cywilizowany, również wyrabiając PKB.”


Jakie rozwiązania systemowe proponowali do tej pory polscy politycy? Wspomniana wyżej ustawa żłobkowa – świetnie – na pewno żłobki są potrzebne, choć ich ubocznym kosztem społecznym może być  (aczkolwiek oczywiście nie musi) zjawisko produkowania ludzi z deficytem miłości, akceptacji i poczucia własnej wartości, niedopieszczonych i z syndromem porzucenia, które to deficyty będą w przyszłości kompensowane w różny sposób niekoniecznie z korzyścią dla otoczenia. 

Becikowe – zaiste wspaniałe i skuteczne wsparcie za pomocą jednorazowego zastrzyku gotówki, która starczy na komplet pieluch. Jest ten zastrzyk faktyczną jałmużną, jednorazowym rzuceniem monety do nadstawionej czapki żebraka, w celu zaspokojenia potrzeby poczucia przyzwoitości darczyńcy. Wychowanie dziecka trwa bowiem dłużej niż okres robienia w pieluchy. Ale becikowe jest dobrą wymówką dla polityków: "oto jak dbamy o politykę prorodzinną!" - od siebie mogę powiedzieć, że ja słyszę: "oto jak obrażamy inteligencję wyborcy!"

Potępiany w całej Europie Viktor Orban, którego medialne projekty ustaw wywołują reakcje przypisywane powszechnie najbardziej fanatycznym słuchaczom radia Maryja, wprowadza jednocześnie rozwiązania systemowe, które nie tylko faktycznie promują rodzinę i dzietność, ale wręcz umożliwią sensowne funkcjonowanie tejże rodziny w warunkach rynkowych. Jak przedstawia Igor Janke w swoim reportażu:

„Rząd Orbana, co często pomijają nieprzychylne mu zagraniczne media, chce wzmocnić w bardzo konkretny sposób słabe części węgierskiego społeczeństwa. Jak? Przez wprowadzenie podatku liniowego na poziomie 16 procent oraz znaczących prorodzinnych ulg podatkowych. Od każdego dziecka podatnik odpisuje sobie 10 000 forintów miesięcznie od podatku (nie od podstawy opodatkowania). W przypadku większej ilości dzieci ta kwota rośnie. W praktyce przeciętnie zarabiający Węgier z trójką dzieci może nie płacić podatku.

W najbliższych miesiącach ma zostać wprowadzony plan istotnych udogodnień dla małych i średnich przedsiębiorstw. Duże ulgi podatkowe, ułatwienia przy starcie, pomoc w zdobywaniu funduszy unijnych. Jednocześnie zaczęto reformę administracji, wkrótce w ślad za tym ma pójść reforma edukacji i służby zdrowia.”


Tłumaczy także skąd bierze się niechęć wielkiego biznesu i, co za tym idzie, większości klasy politycznej w Europie:

„Z czego wynika niechęć przedstawicieli Zachodu? Za rządów socjalistów mieli tu cudowne życie, warunki, jakich nie mogli mieć nigdzie indziej. Teraz wszyscy są wściekli na podatek kryzysowy, który dotknął wielkie firmy z branży telekomunikacyjnej, energetycznej i sieci handlowe. Faktyczna likwidacja OFE uderzyła w wielkie spółki ubezpieczeniowe jeszcze bardziej niż w Polsce.

Ludzie z wielkich koncernów, czując, że ich interesy są zagrożone, przekonują dziennikarzy, że Orban im szkodzi, skarżą się swoim ambasadorom i politykom w macierzystych krajach. Ci wywierają presję na Komisję Europejską, . Z kolei węgierscy socjaliści swoimi kanałami uruchamiają zachodnią lewicę, której przedstawiciele mówią publicznie, że trzeba się zastanowić, czy Węgrzy są godni tego, by przewodzić przez pół roku Europie. […]

Rząd prowadzi szereg działań mających odbudować klasę średnią, wzmocnić tych, których pozycja przez lata stale się pogarszała podczas gdy zachodnie koncerny miały ogromne ułatwienia, Gyurcsany doprowadził wiele małych firm do upadku.”


Co jest bardziej rynkowe? Wspieranie wielkich międzynarodowych koncernów, które dają co prawda miejsca pracy, ale które odprowadzają zyski za granicę zmniejszając ilość gotówki w obrocie krajowym? Czy też może jednak wsparcie dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw, które dostarczają znakomitą większość wpływów do budżetu, za pośrednictwem najróżniejszych podatków, a zyski przeznaczają na inwestycje i konsumpcje na krajowym rynku? Myślę, że dla każdego, kto zerknął choć raz w statystyki i zestawienia źródeł wpływów budżetowych odpowiedź będzie stosunkowo prosta. 

Jasne jest, że kolosalne ulgi inwestycyjne dla wielkich koncernów były konieczne, aby powstała infrastruktura produkcyjna, aby ściągnąć inwestycje szczególnie w te rejony, w których padły wielkie nierentowne zakłady socjalizmu. Jednak minęło 20 lat i Orban doszedł do wniosku, że może jednak wystarczy tych ulg? A nic bardziej nie boli jak odebranie niezasłużonych przywilejów. Czy kogokolwiek stać by było na podobny ruch w Polsce? Nadzieja moja jest nikła. Pomimo pojawiających się na ustach wszystkich możliwych stron politycznej sceny słów takich jak solidarność czysprawiedliwość

Polecam obserwacje poczynań Orbana każdemu, kto sądzi, iż nie ma alternatywy. Nie twierdzę, że jego działania są wzorem do bezkrytycznego naśladowania, że wszystko co dzieje się na Węgrzech wzbudza mój entuzjazm. Mój problem z Orbanem polega na tym, że im dłużej i wnikliwiej przyglądam się płynącym z Budapesztu przekazom, tym bardziej utwierdzam się w jednej obserwacji: większość negatywnych poczynań Orbana – istnieje obecnie także w Polsce; większość pozytywnych rozwiązań – nawet nie jest w Polsce brana pod uwagę.

Na koniec taka dygresja zupełnie nie na temat:
Zżymamy się na naszego premiera, że bagatelizuje problemy. A czy my jesteśmy w stanie je zlokalizować i "podbić" dobre rozwiązania? Sprawić, że politycy (którzy też są przecież ludźmi, tylko bardziej ułomnymi, bo z rozbudowaną potrzebą władzy) uwierzą, że deklarując i wprowadzając w życie te zlokalizowane przez nas, wyborców, dobre rozwiązania - są w stanie zyskać poparcie? Czy też będziemy udowadniać na każdym kroku, że jedyną istotną dla nas kwestią jest głupawy uśmieszek Tuska, wzrost Poncyliusza, czy mlaskanie Kaczyńskiego? Taki mój prywatny mały apel do piszących - może zamiast tworzenia setnego tekstu o niekompetencji Klicha, krętactwie Grasia czy kolejnym bronku Prezydenta, podbijajmy naszym komentarzem te informacje, które niosą w sobie jakiś pozytywny ładunek konstruktywnej informacji?

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Kilkadziesiąt lat temu tzw. afera Watergate doprowadziła prezydenta Stanów Zjednoczonych do ustąpienia z funkcji. Zanim to nastąpiło wszyscy podejrzani w sprawie zachowywali się dokładnie tak, jak dzisiaj zachowują się wszyscy byli „tajni współpracownicy” – zaprzeczają wszystkiemu do samego końca utrzymując, że oskarżenia to jakieś chore rojenia zwolenników spiskowych teorii dziejów. W latach 70-tych w USA znalazło się dostatecznie wielu patriotycznych ludzi, którzy mieli tyle odwagi i determinacji, że wyprowadzili prawdę na światło dzienne. 

Pod względem metody spaceru w zaparte nic się nie zmieniło, udoskonalono jedynie metody dezinformacji służące zasłanianiu, wyłaniających się zza mgły pozorów, strzępów prawdy o sieciach powiazań najróżniejszych interesów. Produktem ubocznym tej nadmiarowej dezinformacji jest coraz bardziej ogłupiała rzesza ludzi, nie potrafiących odróżnić opinii od faktu, pomówienia od diagnozy, prawdy od fałszu. W tej sytuacji przyjmują oni jako swój, określony komunikacyjny paradygmat, w którym pytanie np. „czy sprawdziłeś hamulce w moim samochodzie?” jest równoznaczne ze stwierdzeniem „chcesz mnie zamordować?” Intuicja podpowiadająca absurdalność takiego znaku równości działa jeszcze tylko w odniesieniu do własnej osoby. Natomiast w wypowiedziach innych osób jest ona niedostrzegalna nawet wtedy, gdy palcem wskaże się miejsce absurdu.

Skąd ten poziom logicznego ignorowania rzeczywistości? Czy jest to efekt jakiegoś powszechnego zidiocenia Polaków, co sugerują już wprost różni publicyści i komentatorzy? Czy może jest to przejaw jakiś szerszych ogólnoświatowych tendencji? Przypomnijmy kilka faktów.

W 2008 roku społeczność międzynarodowa, nie zważając na stwarzające precedens konsekwencje dla różnego rodzaju separatystycznych dążeń, uznaje Kosowo jako niepodległe państwo. W tym samym roku Rosja, pod analogicznym pretekstem ochrony, mających przecież prawo do samostanowienia, narodów abchazkiego i osetyjskiego, najeżdża Gruzję. Oprócz werbalnego sprzeciwu, ani UE ani USA nie kiwnęły nawet palcem, by cos z tym zrobić. Wychędożonemu przez Rosjan Sarkozy’emu nie pozostało nic innego poza satysfakcją poszarpania marynarki Ławrowa. Nikt jednak nie miał zamiaru nic robić, a Rosja dostała jasne potwierdzenie, że NATO jest dostatecznie zneutralizowane wojnami w Iraku i Afganistanie. W kraju serwowano nam jednak oficjalną papkę informacyjną o wymachiwaniu szabelką nawiedzonego kurdupelka, na którego warto nasłać jedynie ślepego snajpera. Dokumenty WikiLeaks pokazały jednak wyraźnie, że wycieczka Prezydentów do Tbilisi w 2008 roku, była faktycznym powodem zatrzymania rosyjskiej ofensywy i wszyscy, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, byli zaskoczeni stanowczością i skutecznością działania wyszydzanego kurdupelka. (Oczywiście według obowiązującej narracji przypominanie tego faktu jest efektem ulegania macierewiczowej paranoi wszechświatowego spisku, ale spokojnie… oddycham głęboko… staram się nie denerwować…)

Pod koniec 2010 roku WikiLeaks wypuściło kolejną porcję tajnych dokumentów pochodzących z amerykańskiej administracji. I podobnie jak na początku afery Watergate – nie był to efekt dziurawych systemów bezpieczeństwa, albo wadliwości procedur bezpieczeństwa, czy też efekt zdrady jakiegoś urzędnika bądź grupy urzędników. Nie! To jest wina szefa WikiLeaks, który opublikował tajne dokumenty innego państwa!!! Assange'a trzeba zamknąć do więzienia, by nie szkodził światowemu ładowi. Zamknąć jednak nie za ujawnienie informacji, bo nie obowiązywała go przecież żadna tajemnica, a za to, że pękła mu guma podczas nocnych igraszek. Czyż w takim razie w aferze Rywina głównym winnym nie jest Michnik, który zgodził się (co prawda po pół roku „dziennikarskiego śledztwa”) na opublikowanie transkrypcji nagrań? Czyż nie należałoby go wsadzić do wiezienia? Za cokolwiek, co by się tam znalazło, jakby dobrze poszukać. Brak konsekwencji? Absurd? Nieważne! Ważne, że świat to kupuje.

Zastanawiam się całkiem poważnie, czy to „powszechne zidiocenie”, którego przejawem jest bezkrytyczne przyjmowanie wszelkiego rodzaju dyrdymałów, nie jest bardzo racjonalnym wyjściem z sytuacji? Trzeba nieustannego i niemałego natężenia uwagi, by nadążyć za piętrowymi konstrukcjami zorganizowanego kłamstwa. Trzeba sporo zimnej krwi, by móc funkcjonować w świecie, w którym wszystkie dotąd spajające społeczność wartości, takie jak uczciwość, prawda, honor straciły ewidentnie znaczenie. Niczym w czasach rewolucji, zostały zawieszone na kołku. Możesz przy nich trwać i zginiesz, albo będziesz mocno poturbowany, jak Cezary Baryka w Baku. Możesz natomiast spróbować się dostosować i wtopić w tłum udając, że kupujesz wszystko, co ci podają na medialnej tacy. Jak to zrobić skutecznie? Jak się nie zapomnieć i nie chlapnąć gdzieś przy kimś prawdy? Jedynym sposobem jest uwierzyć, że to jest rzeczywistość. Jak szpieg-śpioch, należy myśleć, marzyć, śnić nawet w innym języku. Tylko wtedy w miarę bezpiecznie i niewielkim psychicznym kosztem jesteśmy w stanie przetrwać w obcym środowisku. 

Idąc tym tropem, być może polskie społeczeństwo nie jest takie głupie dostosowując się do tej światowej sytuacji powszechnego kłamstwa, fałszu, hipokryzji i odwracania kota ogonem. Być może zdajemy sobie zbiorowo sprawę, że porywanie się z motyką na słońce, czy też z kopią na wiatraki, jest z góry skazane na porażkę. Jeśli natomiast będziemy podskakiwać, skończymy jak nasz Prezydent. Nie zdziwię się, jeśli w sondażach w najbliższej przyszłości będzie rosło nie tylko poparcie dla partii rządzącej, ale również rosło będzie zaufanie do Rosjan. Jak nie można wroga pokonać, to trzeba go pokochać. Jak nie ma się warunków do obrony, to być może trzeba polubić to upadające na podłogę mydło…

Charakter polsko-rosyjskich relacji, które ostatnio możemy obserwować najtrafniej opisał swego czasu Andrzej Waligórski:

Raz ordynarny niedźwiedź kucnąwszy na łące
W dość niewybredny sposób podtarł się zającem.
Zając się potem żonie chwalił po obiedzie:
- Wiesz stara, nawiązałem współpracę z niedźwiedziem!


Można poddać pod dyskusje prowokacyjną hipotezę, że Tusk i jego ferajna z premedytacja zgodzili się ten charakter stosunków. Polacy dość się nacierpieli w XIX i XX wieku. Ktoś zauważył, że tuż po 10 kwietnia cała przestrzeń powietrzna nad północną i środkową Europą została wyczyszczona, pod pozorem wybuchu wulkanu. NATO być może szykowało się do ataku, albo do odparcia ataku. Działania polskiego rządu poszły jednak w innym kierunku: olewamy prestiż, olewamy honor, idziemy drogą Francji z czasów drugiej wojny światowej. Jesteśmy za słabi zarówno samodzielnie, jak i ze wsparciem związanego Irakiem i Afganistanem NATO. Nie będziemy szli drogą Gruzji, bo skończy się to utrata z takim trudem odbudowywanej infrastruktury. Tym bardziej, że dzięki ministrowi Klichowi nie mamy już praktycznie całego dowództwa armii. 

Zatem z pełną świadomością wizerunkowych i prestiżowych strat zajmijmy się rozbudową własnego ogródka. Nadchodząca druga fala kryzysu jest bez znaczenia – w tym paradygmacie nie ma miejsca na niewygodne okoliczności, jest miejsce jedynie na płynną narrację bajki o teraźniejszości. Poza tym kryzys potrwa kilka lat, a my tu mówimy o co najmniej dwu pokoleniach. Wtedy być może wrócimy do międzynarodowej gry, ale najpierw musimy się nieco odkuć. Czy ktokolwiek wypomina dziś Francji, że tak szybko się poddała w 1940 roku, a duża część społeczeństwa spolegliwie współpracowała z Niemcami przy wywożeniu Żydów do Auschwitz? Dziś Paryż w dalszym ciągu zachwyca cały świat, a dawną świetność niepokonanego Paryża Wschodu z trudem można dostrzec w kamienicach na Lwowskiej czy Nowogrodzkiej.

I tylko gdzieś na dnie głębokich pokładów pradawnych fantazmatów wyssanych z mlekiem matki czai się pytanie: czy nadszarpnięta przyzwoitość może się odrodzić? Czy franca koniunkturalnej konformistycznej prostytucji jest uleczalna? Czy będziemy pamiętać jakimi jesteśmy ludźmi, gdy warunki się zmienią? Czy będziemy potrafili wychować dzieci z Wrześni? Czesi wytrzymali bez państwa prawie 800 lat. Polacy trwali 200 lat. Trzeba być dobrej myśli. Bo cóż innego nam pozostaje?

Tagi: Polska świat
12:03, igorczajka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 31 grudnia 2010

"Gazeta Wyborcza" znów mruga do młodzieży: walczcie o legalizację narkotyków, my wam pomożemy. Ofiarami narkotyków też się zajmą? Reportaż szokuje. To wyraźne wsparcie dla działań ucznia, który chce legalizacji narkotyków - na szczęście wciąż nielegalnych, i jednocześnie wyraźne potępienie działań szkoły, która chce bronić innych uczniów przed narkotykami. – tak komentuje krótki reportaż zamieszczony w Gazecie Wyborczej portal wPolityce.pl

Muszę przyznać, że zawsze wpadam w konsternację, gdy słucham opinii na temat „narkotyków” i zażywających ich „ćpunów”. Stereotypowe myślenie, które owocowało jeszcze nie tak dawno szokiem, jaki wywoływały informacje o dobrze zarabiających, schludnie ubranych alkoholikach, pokutuje do dzisiaj. Nie chcę zacytowanych opinii portalu traktować jako przejawu hipokryzji i antyagorowego zacietrzewienia. Uważam, że jest to raczej przejaw swego rodzaju niedoinformowania. Nie chcę również wchodzić w szczegółową pseudonaukową argumentację czy opowiadać się po którejś ze stron. Chcę tylko zasygnalizować kilka kwestii, które sprawiają, że sprawa nie jest tak jednoznaczna jak jest przedstawiana.

1. Ofiary narkotyków. Czy liczne ofiary nałogu alkoholowego są przyczynkiem do dyskutowania kwestii delegalizacji tej używki? Czy ofiary agresji wyzwalanej przez alkohol są argumentem do ograniczania jego sprzedaży? Czy zakaz palenia w miejscach publicznych powodującego raka tytoniu jest przejawem konserwatywnej idei odpowiedzialności za samego siebie, czy raczej lewackiego przekonania, że społeczeństwo wie lepiej co jest dobre dla jednostki?

2. Delegalizacja, depenalizacja. W latach 30-tych w USA wprowadzono prohibicję kierując się słusznymi moralnymi przesłankami. Jak to się skończyło wszyscy wiemy. Dopiero ponowne zalegalizowanie alkoholu umożliwiło skuteczne rozprawienie się z mafią, która była jedynym beneficjentem wprowadzenia prohibicji. W tym kontekście warto brać pod uwagę argument, że depenalizacja pewnych używek mogłaby ograniczyć czarny rynek i dostarczyć Państwu funduszy niezbędnych do zwalczania skutków ich nadużywania.

3. Kontrola handlu. Regulowany rynek używek umożliwia Państwu kontrolę ich jakości. Być może pamiętają jeszcze niektórzy te społeczne akcje apelujące o nie picie alkoholu z niepewnego źródła. „Bimber przyczyną ślepoty” – bo tylko państwowy monopol jest w stanie dostarczyć dobrego jakościowo produktu, który nie zawiera nawet śladowych części chemicznych zanieczyszczeń powodujących niepożądane skutki. W opinii użytkowników tego nielegalnego czarnego rynku głównym problemem i źródłem szkodliwości dostępnych produktów nie jest marihuana lecz chemiczne świństwa, które się do niej dodaje.

4. Uzależnienie. Siła fizycznego uzależnienia jaką wywołuje marihuana jest ciągle przedmiotem badań naukowców. Istnieją badania, które wręcz negują efekt fizycznego uzależnienia wywoływanego przez THC. Oczywiście stwierdzono też wywoływanie przez THC objawów psychotycznych i innych ciężkich zaburzeń psychicznych, ale kto z nas nie ma znajomego, który po alkoholu zmienia się nie do poznania, często w sposób wybitnie agresywny? O uzależnieniu psychicznym zaś możemy mówić nie tylko w przypadku stosowania fizycznych używek, ale w przypadku nadużywania dowolnych aktywności ludzkich. Kto nie słyszał o uzależnieniu od czekolady, Internetu czy seksu? Przesada jest tak samo zła bez względu na przedmiot.

5. Szkodliwość. Badania naukowe wykazują zarówno pozytywne jak i negatywne skutki zażywania różnych substancji. Nadużywanie kawy wywołuje nadciśnienie i w konsekwencji prowadzi do zawału. Zaś małe ilości kawy (jedna mała czarna dziennie) ma właściwości antyrakowe. Podobnie małe ilości alkoholu zapobiegają chorobie wrzodowej i poprawiają krążenie, obniżając ryzyko zawału. O szkodliwości alkoholu w nadmiarze nie trzeba wspominać. Problemem jest zatem nie tyle używanie, ile nadużywanie, przy czym granica między jednym a drugim bywa bardzo cienka.

6. Kwestie kulturowe. W pustynnych krajach arabskich marihuana jest kulturowo akceptowanym składnikiem obyczaju gościnnego w zastępstwie nielegalnego tam alkoholu. Pamiętam fragment programu telewizyjnego w którym na szkoleniu dla jadących do Afganistanu żołnierzy uświadamiano ich, że jeśli gospodarz poczęstuje gościa haszyszem, odmowa jest traktowana jak obraza. Dziś takich reportaży w telewizji nie widzę, ale i telewizji nie oglądam, więc może gdzieś się to pojawia. Jednak warto zauważyć, że u nas alkohol nie ma aż takiej mocy i wszyscy rozumiemy, że ktoś nie spróbuje naszej domowej wiśniówki, bo „prowadzi” albo „jest na antybiotyku”. Jednak sam brak ochoty często nie jest jednak mimo wszystko pretekstem wystarczającym – „no co ty? Ze mną się nie napijesz?”

Wymieniłem te kilka kwestii na szybko tylko po to, by przypomnieć, że sprawa nie jest tak oczywista. Ja rozumiem obawy gradacyjności pewnych żądań, pewnych idei. Dzisiaj legalizujemy małżeństwa homoseksualne, jutro zgadzamy się na adopcję dzieci przez homoseksualne pary. Dzisiaj zgadzamy się na In-vitro jutro zgodzimy się na eugenikę. Rozumiem obawy, że legalizacja pewnych używek pociągnie za sobą żądanie legalizacji twardych narkotyków. Jednak sprawy nie są czarnobiałe i nie uważam, że depenalizacja plucia na chodnik w Singapurze automatycznie pociągnie za sobą przyzwolenie na uprawianie miłości w miejscach publicznych.

We wspomnianym na wstępie reportażu można się dopatrzeć postaw antyklerykalnych: oto ksiądz jest odporny na wszelkie argumenty i niby ugiął się pod naciskiem międzynarodowych organizacji, ale dalej hardo się stawia. Można zarzucić autorom, że nie stawiając pewnych pytań nie pogłębiają tematu. Jednak w moim odczuciu reportaż nie jest żadną pochwałą narkotyków i zasługuje co najwyżej na przemilczenie, a nie na polemikę zaiste w stylu… Gazety Wyborczej właśnie.

09:15, igorczajka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
To jest mirror bloga: igor.czajka.art.pl

Inne miejsca, gdzie toczą się dyskusje:
Salon24
Blogmedia24
Niepoprawni.PL
BlogPress

Oraz podróże:
blog.czajka.art.pl

Las Smoleński